Marzec – Święty Józef
Jest patronem: Kościoła powszechnego, małżeństw i rodzin chrześcijańskich, robotników, rzemieślników, cieśli, drwali, stolarzy, kołodziejów, wypędzonych, bezdomnych, dobrej śmierci.

Zdjęcie: Św. Józef z Dzieciątkiem Jezus, Guido Reni
Wiadomości o życiu św. Józefa czerpiemy z wielu źródeł. Jednym z nich są tzw. apokryfy, czyli pisma, których Kościół nie uznaje za natchnione, nie wyklucza jednak, że mogą zawierać ziarna prawdy. Apokryfy poświęcone św. Józefowi zajmują się jego pochodzeniem, małżeństwem z Maryją, wykonywanym zawodem i śmiercią. Ewangelie natomiast, które dla chrześcijan są podstawowym źródłem wiadomości o Opiekunie Jezusa, poświęcają mu łącznie 26 wierszy i tylko 14 razy wymieniają jego imię. Niewiele, aby na tej podstawie zbudować biografię św. Józefa, ale wystarczająco dużo, aby dowiedzieć się, jakim był człowiekiem.
„W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja” (Łk 1, 26-27). Poślubiając Józefa, Maryja mogła mieć około siedemnastu lat. Józef, nawet jeśli był od niej znacznie starszy, nie mógł mieć więcej niż trzydzieści. Nie był to więc „stary Józef”, o którym śpiewamy w kolędach, ani siwobrody starzec, ukazywany na niektórych obrazach. To nie starzec „wziął Dziecię i Jego matkę” i udał się do Egiptu, a kilkanaście lat później przez trzy dni szukał Jezusa, gdy ten zagubił się w Jerozolimie. To nie starzec utrzymywał Najświętszą Rodzinę w Nazarecie pracą własnych rąk. Siwą brodę i lata dodano mu więc później, dla „przyzwoitości” niejako, by uwierzytelnić dziewictwo Maryi i ukrócić wszelkie domysły. Niepotrzebnie.
Józef był oblubieńcem Maryi, jej narzeczonym. Gdyby Maryja żyła dzisiaj może mówiłaby o nim jak inne siedemnastolatki – „mój chłopak”. Z tym właśnie „chłopakiem” miała już podpisaną umowę małżeńską, ale według prawa żydowskiego, miało się ono dopełnić dopiero po roku, gdy Józef, po siedmiodniowych godach, wprowadzi Maryję do swego domu. W oczekiwaniu na ten moment, „po zaślubinach Maryi z Józefem, ale wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się ona brzemienną za sprawą Ducha Świętego” (Mt 1,18).
Józef spostrzegł więc, że Maryja jest brzemienna. Życie, wydaje się, z niego zadrwiło. W jednej chwili runęło jego szczęście, marzenia, plany, a on sam znalazł się w sytuacji „bez wyjścia”. Oskarżyć Maryję o niewierność, to skazać ją na ukamienowanie. Zbyt mocno jednak ją kochał. Z drugiej strony, milczeć, tolerować niewierność? Na to też nie potrafił się zgodzić. Postanawia więc Maryję „potajemnie oddalić”, co nie było tchórzostwem, ale wyrazem miłości do Maryi, bo oddalając ją, skazywał siebie na rolę niewdzięcznika. Wszyscy będą bowiem przekonani, że dziecko Maryi jest jego dzieckiem, a on porzucając brzemienną, postąpił niegodnie. Dla ratowania tej, którą kochał, zdecydował się więc wziąć całą winę na siebie.
„Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: ‘Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło…’ Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański” (Mt 1, 20.24). Niektórzy nazywają ten fragment Pisma Świętego drugim Zwiastowaniem. W odróżnieniu od Zwiastowania Maryi, które odbyło się na jawie i w ciągu dnia, Zwiastowanie Józefowi, czyli powiadomienie go o Bożych planach, odbyło się w nocy, podczas snu.

Zdjęcie: Sen świętego Józefa, Georges de La Tour (1640)
Jeszcze dwukrotnie najważniejsze decyzje swego życia Józef będzie podejmował w nocy i jak się wydaje chodziło tu nie tylko o porę doby. Noc w tamtym czasie kojarzona była bowiem ze szczególnym działaniem złego ducha, z natarczywością jego pokus. W przytoczonym fragmencie Ewangelii „noc” oznaczałaby zatem także stan jego serca targanego wątpliwościami. Zrezygnować ze swoich małżeńskich praw? Żyć obok najpiękniejszej z kobiet w absolutnej czystości? Z całą pewnością Józefowi nie było łatwo, ale gdy raz przyjął wolę Bożą, wypełnił swą misję do końca, dając Jezusowi dom, a Maryi opiekę i oparcie. Przynajmniej trzykrotnie okazał się więc silniejszy niż „noc”, która ogarnęła jego duszę, dając przykład¸ że prawdziwi mężczyźni wygrywają nie tyle w ciemnych zaułkach ulic, ale podczas ciemnej nocy ducha, pokonując swoje słabości i wątpliwości. Św. Józef był więc nie tylko ostatnim patriarchą, ale i pierwszym prawdziwym mężczyzną, bo zanim jeszcze Jezus umył apostołom nogi, pokazał, że władzę i autorytet budują nie mięśnie i mocne słowa, ale poświęcenie i służba, miłość i odpowiedzialność.
Po raz ostatni Józef wymieniony został w Ewangeliach, gdy dwunastoletni Jezus zgubił się w Jerozolimie (por. Łk 2,42). Kiedy „syn cieśli” z Nazaretu rozpoczynał swą publiczną działalność, Ewangeliści o Józefie nie wspominają. Prawdopodobnie już wtedy nie żył. Będąc tak blisko Zbawiciela, przeszedł przez życie cicho, nie pozostawiając nam jako „milczący święty” ani jednego słowa. Tradycja podaje, że za swoją wierność i cichość otrzymał jednak rzecz najcenniejszą: przy jego śmierci byli Jezus i Maryja. Nikt z ludzi nie umierał tak pięknie, mając przed oczyma Syna Bożego i Jego Matkę.
Zachęcamy do zapoznania się z historią CUDOWNEGO OBRAZU ŚW. RODZINY nieznanego autora, namalowanego ok. 1673 r., w którym szczególną cześć odbiera św. Józef. 15 maja 1796 r. obraz został ukoronowany koronami papieskimi. Malowidło znajduje się w Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu. Nazywane jest Obrazem Świętej Rodziny lub Obrazem Świętego Józefa. Ale to właśnie ziemski opiekun Chrystusa jest w nim czczony szczególnie – ze względu na szczególną pomoc tym, którzy od wieków proszą św. Józefa w tym właśnie wizerunku o pomoc i otrzymują wsparcie.

Zdjęcie: Odpoczynek w czasie ucieczki do Egiptu – obraz olejny namalowany przez włoskiego artystę barokowego, Caravaggia (1597)
Początki kultu św. Józefa w Kaliszu sięgają ok. 1670 roku, kiedy miał zostać uzdrowiony chłop, który w ramach wdzięczności ufundował obraz Świętej Rodziny, umieszczając go w kolegiacie. Ów chłop, o nazwisku Stobienia ze wsi Solec, modlił się do Boga o… śmierć, wszak cierpienie spowodowane chorobą było dla niego nie do zniesienia. W nocy, po modlitwie, ujrzał sędziwą postać, która nakazała mu zlecenie namalowania obrazu, w którym po prawej stronie stała będzie Najświętsza Maryja, po lewej Jej Oblubieniec, a między nimi, prowadzone za rączki Dzieciatko Jezus. Nad nimi Duch Przenajświętszy, a nad wszystkimi Bóg Ojciec z rozłożonymi rękami i napis, wychodzący z Jego (Boga) ust: „Idźcie do Józefa.” Postać nakazała oddać obraz do Kolegiaty Kaliskiej, a w zamian obiecała chłopu zdrowie. Tak też się stało.
Wieść o wydarzeniu rozeszła się, a przed wizerunkiem św. Rodziny modliło się coraz więcej wiernych, prosząc o wsparcie zwłaszcza św. Józefa, którego Stobienia rozpoznał w osobie sędziwej postaci, która nakazała mu wykonanie wizerunku św. Rodziny. Ci, którzy wypraszali łaski, o które modlili się przed niezwykłym wizerunkiem, w dowód wdzięczności, fundowali wota, które coraz liczniej ozdabiały obraz.
W 1766 roku ówczesny kustosz Sanktuarium ks. Kłossowski wystąpił do arcybiskupa gnieźnieńskiego, Władysława Łubieńskiego z prośbą o przysłanie do Kalisza specjalnej komisji w celu zbadania 70 świadectw, świadczacych o cudach i łaskach wyproszonych za przyczyną św. Józefa. Na podstawie prac tej komisji oraz późniejszego orzeczenia Sądu Prymasowskiego, arcybiskup – 8 czerwca 1767 r. wydał dekret, uznający obraz św. Józefa Kaliskiego za „imago gratiosa” – „łaskami słynący”. Rok później ks. Kłossowski wystąpił ponownie, do kolejnego arcybiskupa gnieźnieńskiego Gabriela Jana Podoskiego, o zbadanie następnych, 27 przypadków, spośród których Sąd Prymasowski, w sierpniu 1769 r., 18 rozpoznał jako łaski nadzwyczajne, a 9 jako cuda. Dzięki powyższym ustaleniom arcybiskup ten, w 1770 r. uznał kaliski obraz za „imago miraculosa”, czyli „cudowny”.
Kilka lat później w sprawie kaliskiego obrazu wypowiedzieli się także teologowie watykańscy, którzy po zapoznaniu się z przesłanymi do Rzymu materiałami potwierdzili jego cudowność. Ich orzeczenie zatwierdził ówczesny papież Pius VI i 31 maja 1783 r. – na prośbę prymasa Antoniego Kazimierza Ostrowskiego – dokonał w „Wiecznym mieście” koronacji kopii kaliskiego obrazu Świętej Rodziny oraz zezwolił na jej przeprowadzenie w miejscowym Sanktuarium. Koronacja obrazu odbyła się w Kaliszu dopiero 13 lat później, w maju 1796 r. Przyczyną opóźnienia było zawalenie się znacznej części świątyni pw. Wniebowzięcia NMP oraz ówczesne wydarzenia polityczne (II i III rozbiór Polski).
